Zapraszamy do zapoznania się z legendami, które związane są bezpośrednio znaszym miastem i jego najbliższymi okolicami.

1.Klątwa Radogosta.

W pradawnych czasach na świętej Ziemi, zwanej potem Niemczą Łużycką, wznosił się ogromny zamek rycerza Radogosta. Był to władca potężny, rządził wielka krainą, której krańców ani wymierzyć. Zamek zbudował Radogost również na miarę nie słyszana, większy niż zespół skalnych gór, większy niż cała wieś...

Rządził Radogost sprawiedliwie swoją ziemia, ludzie byli zadowoleni i żyli w spokoju. Aż kiedyś zjawił się nieznany człowiek obcej mowy, poprosił czy może tu zamieszkać. Służalczo przy tym spoglądał w oczy rycerza, obiecywał dać mu dobre rady, być w każdej chwili podporą i pomocą. Radogost, człowiek o dobrym sercu, przystał na propozycję przybysza. Obcy wybudował sobie chatę u podnóży zamczyska i już wkrótce, po jakimś czasie zadomowił się tam na dobre. Za nim ciągnęli inni, coraz więcej ich było, wreszcie już nie pytali się o pozwolenie na osiedlenie się w Radogostowej krainie. Wkrótce zaczęli wprowadzać swoje zwyczaje, uczyli innej wiary. Zdarzało się, że krzywdzili ludność miejscową. Ale zyskiwali również zwolenników wśród Radogostowych nieuczciwych poddanych.

Początkowo rycerz próbował wyperswadować obcym panoszenie się na jego ziemi. Na jakiś czas przycichli, stali się potulniejsi słuchali jego zarządzeń i rozkazów, lecz potem znów wszystko wracało do poprzedniego stanu. W końcu przestali zważać na jakiekolwiek groźby rycerza. Wyprowadzony z równowagi Radogost próbował z przybyszami wojować, chciał ich usunąć ze swego kraju. Ale we władaniu bronią obcy byli zręczniejsi od rozleniwionych pokojem mieszkańców tej krainy.(...)Zmęczyło Radogosta to ustawiczne wojowanie i zaczął teraz przesiadywać w swoim zamku całymi dniami.

Miał Radogost córkę piękną, jak żadne inne dziewczę na świecie. Zwano ja Dobrosławą. Była tak łagodna i dobra, że dzikie zwierzęta chodziły za nią krok w krok, ludzie nie mogli jej się nachwalić. Całe dnie spędzała w lasach nad brzegiem Nysy. Była opiekunka mieszkańców kniei i wód.(...)

Obcy przybysze nie tylko gnębili ludzi. Niosąc za sobą mord wtargnęli również do lasów. Ginęły setkami niedźwiedzie i tury, przedśmiertnym rykiem wołały jelenie, ptaki porzucały swoje gniazda.

Do Dobrosławy z błaganiem o ratunek biegli ludzie, u niej chroniły się zwierzęta. Próżno jednak wstawiała się u ojca, błagała, by szedł w męskiej walce ratować swoją krainę. Radogost, choć dokuczali mu obcy, bał się niewygód i znoju, nie wyobrażał sobie życia bez stołów uginających się od jadła. Aż któregoś razu na błagania córki uniósł się gniewem.

- Niechże to wszystko ziemia pochłonie razem z wrogami i z nami! – zakrzyknął.

Klątwa się spełniła. Uderzyły gromy, rozszalała się wichura, spadł ulewny deszcz. Jak pchnięty niewidzialna ręką, zamek zatrząsł się w posadach i powoli pogrążał w ziemię.

Dobrosława nie chciała opuścić swoich ulubieńców. W ostatniej chwili wyskoczyła z okna wieży zamkowej. Rozgniewało to strasznie Radogosta. Rzucił klątwę na córkę.

Gdy ustały gromy i deszcze, a ziemia wyrównała kryjąc w sobie głęboko zamek (...) na świat wyjrzał skromniutki fiołek, w którego została zamieniona Dobrosława. I odtąd co wiosnę zakwita zaklęty fiołek na zboczu pod sosną.

W noc świętojańską można wybawić zaklętą Dobrosławę. (...) Wielu już próbowało, lecz kwiatek znikał, ilekroć zbliżyła się doń ręka znalazcy. Bowiem wybawić Dobrosławę może tylko wybraniec, który rodzi się raz na sto lat. Dopiero wtedy klątwa Radogosta utraci swa moc.

 

2. O dzikim rycerzu znad Nysy
Polanowice, dawniej zwane Niemczą Łużycką to obecnie mała wieś (88 mieszkańców) leżąca nad Nysą Łużycką, oddalona o 7 km od Gubina w kierunku południowym. Część z ziem położonych na południe od Gubina w X – XI wieku nazywano „świętym krajem” (Heiligeland). Tutaj słowiańska ludność rodzima staczała walki z margrabia Geronem. Jak zwykle takim wydarzeniom towarzyszy legenda.

Pewnego dnia margraf Gero zaatakował Niemczę. Męstwo wojów było jednak silniejsze niż zapędy najeźdźców. Gero nie tylko nie zdobył grodu, lecz oberwał mocne cięgi. Że jednak apetyt na żyzną, krainę miał wielki, postanowił spróbować z innej beczki. - Jak nie wezmę ich walką wręcz, to podstępem ich wezmę - medytował chodząc wśród obozowiska. Wreszcie i plan był gotów. Margraf nie zwlekając postanowił spotkać się ze słowiańskimi kniaziami i zaproponować im... zdradę. Tak się też stało. Jednakże tylko jeden z kniaziów, który za wszelką cenę pragnął dostać piękną zbroję, przystał na hańbiącą propozycję.

Nazajutrz znów zwarły się szeregi walczących. Zdrajca ze swą drużyną bil się oczywiście u boku Gerona. W pewnej chwili mocnym uderzeniem miecza powalił na ziemię starego słowiańskiego woja. Był to ojciec zdrajcy. Oczywiście młody kniaź nie słyszał ojcowskiego przekleństwa, lecz po śmierci spełniły się słowa. Zdrajca i ojcobójca pojawiał się przez długie lata na karym koniu strasząc w okolicach Niemczy. Jeździec i koń byli bez głowy.

3. Duchy w beczce
Przed dwustu laty nad wsią Kołatka, na górze Kępniak mieszkały dwa duchy. Nikt nie znał przyczyny ich tu pobytu, nikt nie wiedział kim były za życia i za jakie grzechy nie miały spokoju w grobie. Może były za pomocników pani Holi? Ale po co czarownicy pomocnicy, skoro magicznymi zaklęciami wszystko potrafiła zrobić...

Duchy nie miały wiele do roboty. Nigdy same nie schodziły z góry, nigdy nie nawiedzały ludzi. Musiały się nudzić setnie na odludziu, bo gdy raz natrafiły w lesie na porzucona przez kogoś beczkę, natychmiast znalazły dla nie zastosowanie. Dla zabawy toczyć się zaczęły z niej po zboczu góry, z samego szczytu na dół, w stronę wsi. Podczas tej jazdy taki huk i rumor robił, jakby las się walił, jakby wóz żelazny pędził po bruku, jakby armaty gdzieś grały. A ponieważ był to środek nocy i wszystko co żywe spało smacznie, hałas zdawał się być jeszcze większy. Wyrwani ze snu mieszkańcy Bronkowa jeno w samych koszulach, a niektórzy nawet bez nich, wystraszeni wybiegali przed chałupy, bo myśleli, że to niebo wali im się na głowy.

Hola uśmiała się z tego wydarzenia, jak z dobrego kawału. Kiedy jednak duchy zaczęły powtarzać zabawę co noc uznała, że pozwalają sobie na zbyt wiele. Nawet dla niej harmider jaki robiły, stał się trudny do zniesienia. Któregoś razu zabrała z sobą utrapieńców w okolice Brzózki i na rozstaju dróg na Kołatkę zostawiła ich samych sobie. Duchy nie potrafiły znaleźć drogi powrotnej i zamieszkały w świńskiej komórce w Kołatce. Tylko nocą wychodziły z chlewa i widywano je jak siedziały smutne na przydrożnym kamieniu.

4. Klechda o dwunastu pachołkach.
Graf Wolf był właścicielem Niemaszchleba. Nazwisko to pasowało jak do nikogo, srogi, ludziom nie folgował ani zwierzętom. Służbę zmieniał jak rękawice albo do cna w każdy dzień łajał wszystkich i szturchał...

Raz , równo z północą, otwarły się wierzeje jego pałacu i bezszelestnie wysunęło się z nich dwanaście postaci. Była to służba cała, od forysia do klucznika. Po chwili weszli na gościniec, który biegł prościutko jak z bicza strzelił do karczmy Stosza. Zdziwił się karczmarz tak późnemu i licznemu najściu pachołków grafa, z którymi od lat był w zmowie. Dziewce służebnej kazał dwanaście dzbanów z winem postawić. Kiedy pachołkowie trochę popiwszy mieli odejść, powiedział im.

- Idźcie zawsze na prawo. Natraficie na górę. Drzwi w niej na żelaznych wrzeciądzach. Tedy pchnijcie je i wejdźcie do środka.

Spojrzeli po sobie, jeden i drugi ramionami wzruszył. Poszli. Długo nawet nie musieli wędrować, wyrosła przed nimi góra. W brzasku dnia zobaczyli wielkie drzwi. Podeszli bliżej, wtedy drzwi głośno skrzypiąc otwarły się szeroko. W głębi ukazał się zwodzony most. Stanęli i może staliby talk do południa, albo i dłużej. Najodważniejszy stary klucznik, co to niejedne drzwi bez klucza otwiera, zawołał:

- Idziemy chłopaki! – i pierwszy naprzód postąpił.

Poszli za nim. Po kilku krokach zatrzymał ich rów szeroki jak rzeka. W rowie nie cień leżał, ale woda.

-Przydałby się kij, aby zagruntować – zauważył któryś.

Zgrzytnęły nagle łańcuchy, opadł most zapraszający do przejścia. Znowu przeszli kilka kroków, znowu zgrzytnęły łańcuchy.Za trzecim mostem stanęli przed popękanym, walącym się zamczyskiem. Błysnęły zimnym, groźnym blaskiem szybki oprawne w ołów, z bastei ze złośliwym krakaniem zerwało się stado wron. Mróz przeszedł im po plecach, już chcieli zawrócić. Klucznik szybko ustawił ich w szereg. Dobył zza pasa wielki klucz z pałacu Wolfa, podniósł go w górę jak miecz i krzyknął:

-Naprzód! Zabij!

Zamek wzięto szturmem. Nie było to takie trudne. Okazało się, że nie ma w nim nikogo. W pierwszej komnacie zastali długi i szeroki stół na przemyślnie rżniętych nogach. Na nim dwanaście nakryć ze szczerego złota, jakich nawet w pałacu Wolfa nie widzieli. Co było na stole, tego opisać się nie da, ani zobaczyć nie można. Po kilku łykach i kęsach wszyscy o trzy dziurki pasa popuścili. Głowy coraz bardziej zaczęły im ciążyć, powieki opadać, Zapadli w sen.

Każdy z nich leżał w ozdobnym łożu pod wielkim baldachimem w jedwabnej pościeli, na poduszce z wyszytym własnym inicjałem. Obok stało dwanaście wielkich skrzyń napełnionych drogimi zbrojami, aksamitnymi kubrakami i innymi zbytkami. Kiedy przebudzili się, ich oczy zapłonęły od tych świetności. Nagle przerwał cisze tętent kopyt. Przed zamek zajechała poszóstna karoca. Foryś otworzył drzwiczki.

-Jestem panią tego zamku – obwieszcza niewiasta donośnym głosem i zatrzymuje wzrok na kluczniku. Przez cały czas jak tu jesteście, każdy wasz krok był śledzony przez moich zaufanych.

Teraz słuchajcie uważnie, co wam powiem. Kiedyś zapragniecie stąd wyjść. Nawet największy zbytek nie trwa wiecznie, jak wszystko na tym świecie. Karczmarz wskazał wam tutaj drogę, ale nie z litościwego serca. Był pewien, że nie wrócicie już stąd nigdy. Jak inni. Kości ich świeca do tej pory na dnie fosy. Tamci grabili i zabierali stąd to, co się dało unieść. Nigdy jednak nie zdołali przejść jednego mostu. Wszystko wracało do zamku, na swoje miejsce.

Pachołkowie poruszyli się, zbliżył się jeden do drugiego, jakby zamierzali się bronić.

-Nie wierzycie?

-Mów, pani, co mamy uczynić, żeby się stąd wydostać – zawołali

-Widzę, że na rozsądku wam nie zbywa. Siądźcie, bo łydki drżą wam ze strachu. Żałujecie, że znaleźliście tutaj, nieprawdaż?

Zdumieni przenikliwością niewiasty posłusznie usiedli. Ona mówiła dalej.

-Z nastaniem zmroku będzie tu przyjeżdżać coraz to inna niewiasta. Was jest dwunastu, przez dwanaście wieczorów będziecie wydawać uczty. Tę ja spędzę z wami. Pamiętajcie! Najmniejsze uchybienie w czymkolwiek, a spotka was los tych, których szczątki znajdują się na dnie fosy. A teraz przyjaciele do uczty.

Klasnęła w dłonie. Ożyły portrety i obrazy ozdabiające ściany komnat. Ku przerażeniu i zdumieniu pachołków z ram wyszły żywe postacie. Damy i panowie, rycerze zakuci w zbroję. Z wielkiej ramy dama z papugą na ręku. W wesołych podskokach, z głośnym ujadaniem skoczył łaciaty wyżeł. Na ramiona biesiadników sfrunęły sokoły ubrane w kapturki. Pojawiła się służba, lokaje i kuchciki. Znalazł się nawet podczaszy i piwnicznik.

Widok ten przypomniał pachołkom dwór grafa. Już zamierzali poszukać ochmistrza, żeby im przydzielił jakieś zajęcie. Czuli się obcy i zagubieni. Właścicielka zamku wstała. Marszałek dworu, bo i on tu był, zastukał trzykroć laska w posadzkę. Uciszyli się biesiadnicy, a ona wyciągając roztruchan w stronę dwunastu pachołków, powiedziała:

-Drodzy przyjaciele. Wypijcie zdrowie tej oto dwunastki zuchów, którym, kto wie, może zawdzięczać będziecie swoje wybawienie.

Zawrzało w tłumie. Polały się wina: małmazja, reńskie, mozelskie, bastardy i polskie sycone miody. Z wielkiego plafonu zsunęli się grajkowie. Rozpoczęły się tańce. Ostatni z ram zeszli trefnisie i zaczęli zabawiać gości.

Pierwszy brzask wdzierał się do komnat zamczyska, gdy obudził się klucznik powiódł wzrokiem po uśpionych. Wszyscy leżeli w swoich jedenastu łożach. Ze ścian spoglądały portrety dam z papugami, panów z wyżłami i sokołami, rycerzy, tancerek i trefnisi. W sąsiedniej komnacie, która służyła za biesiadną, na plafonie nie brakowało ani jednego grajka. Słonce wytoczyło się z nieba i zatrzymało na twarzach uśpionych, jakby ich przedtem szukało i teraz odnalazło. Zaczęli się przewracać z boku na bok, jakby pragnęli zatrzymać sen nie dośniony do końca. Słońce jednak nie powędrowało dalej i uparcie sypało im brzaskiem w oczy. Wreszcie przebudzili się zupełnie. Nikt nie miał odwagi opowiedzieć o tym, co się działo. Kiedy cisza zaczęła nadmiernie się przedłużać, klucznik nie wytrzymał.

-Onegdaj przeżyłem cos, co mogło być snem, gdyby nie było tak prawdziwe.

I opowiedział wszystko. Pachołkowie zaczęli na wyścigi dodawać szczegóły, które pominął.

-Jeśli o zmierzchu nikt nie przyjdzie, to znaczy, że mieliśmy jednaki sen – skwitował klucznik. Pachołkowie ubrali się i zeszli do komnaty na śniadanie.

Dzień dłużył im się jak polna droga pozbawiona drzew i pagórków rozciągnięta na pustej przestrzeni. Zdawało się, ze słońce nie zajdzie nigdy. Nie cieszyły ich stoły zastawione suto, ani lśniące posadzki, ani stroje, które dotąd z takim upodobaniem zmieniali. Snuli się po zamczysku osowiali i milczący, lada szmer wprowadzał ich w rozdrażnienie. Raz po raz spotykali się wszyscy w komnacie, gdzie stała klepsydra. Patrzyli się w piasek, który sączył się powoli, jakby chcieli w jego ziarenkach zgłębić tajemnicę płynących godzin.

Wreszcie dzień się skończył. Stromy dach zasłonił dziedziniec przed promieniami słońca, które gdzieś na pola, poza murami kładło swoje ostatnie błyski. Powracały do gniazd jaskółki. Z trzepotem i krzykiem przyczajone dotąd w zakamarku wrony krążyły wokół dziedzińca. W ciszę wdarło się skrzypienie łańcuchów. Podniósł się most. Zaturkotała kolasa. Ze ścian posypał się tynk. Pachołkowie wstrzymali oddechy. Rozchyliła się brama. Kolasa zatoczyła łuk i stanęła przed krużgankiem.

-Hultaje, darmozjady, otwórzcie który drzwi!

Głos przeszedł w skrzek i pachołkowie rzucili się do kolasy. Klucznik szarpnął ręką, wysunął stopień. Nikt nie wychodził. Nosami, oczami przylgnęli do szybek. Na skórze poczuli lód i wrzątek na przemian. Zadygotały im nogi, chcieli pierzchnąć, ale jakaś siła trzymała ich na uwięzi, nóg nie mogli oderwać od ziemi. Na czerwonej poduszce, w głębi kolasy siedziała żaba. Tam, gdzie żaby mają łapy, ona dźwigała ludzkie dłonie. Włosy zielone pokrywały głowę z wyłupiastymi oczyma. Tułów ciasno opinała suknia. Spod niej wystawały nogi obute w atłasowe ciżemki. Żaba przewracała oczami, wreszcie tupnęła ze złością, kolasa zakolebała się na skórzanych pasach.

-Głodna jestem.

Z trudem jarzmiąc w sobie strach, klucznik wyciągnął rękę. Wspierając się na pachołku, żaba wytoczyła się z kolasy. Podskakując jak to robią żaby, susami dopadła biesiadnej komnaty. Pachołkowie wolno poszli za nią. Żaba jadła za wszystkich. Na najbliższej misie leżały żabie udka, zjadła je. Na drugiej złociła się opiekana w miodzie szarańcza. Schrupała ją. Na trzeciej w czerwonym sosie pływały ostrygi. Połknęła je. Na czwartej leżał różowy homar przykryty liśćmi sałaty. Rozerwała go, z łapek wyrwała mięso, skorupami obrzuciła pachołków. Z piątej misy porwała bażanta. Zjadła go, kości rzuciła pod stół. Z wazy dymiła zupa z żółwia. Wychłeptała ją. Na końcu w cynowej misie stała woda, w której myto ręce. Żaba skoczyła, przechyliła misę i zagulgotało w komnacie. Pachołkom grdyki poszły w górę.

-Teraz będziemy hulać! – zarechotała.

I wszystko odbyło się jak wczoraj. Z plafonów zeszli grajkowie, z portretów damy, panowie, kuchciki, piwnicznicy, na posadzkach zaroił się tłum. Odetchnęli pachołkowie. Łudzili się, że teraz żaba zapomni o nich. Stali pod ścianami, wciskali się w nie. Ocierano się o nich, deptano ich po stopach, popychano. Byli jak sprzęty, które już przestały służyć. Chcieli pójść do swojej komnaty. Klucznik dał już znak. Wtedy żaba tocząc po suficie swoje argusowe oczy zaskrzeczała.

-Dokąd mości panowie? Teraz w tany ze mną.

I porwała pierwszego do gonionego, żeby widział, że nie chroma i nogi do tańca ma. I porwała drugiego do firleja, ściany odbijają się od nich, ławy padają. I porwała czwartego do bergamaszki, chwieje się komnata, ramy ze ścian spadają. I porwała piątego do sarabandy. I tupie. I w dłonie klaszcze. I pohukuje. I szóstego do kaprioli. Siódmego do padawana. Ósmego do szańca. Grajkom omdlewają ręce, pot ciurkiem kapie. Porwała dziewiątego do wyrwańca, dziesiątego do obertasa, jedenastego do mazura. Jedenastu dyszało pod ścianą. Żaba porywa dwunastego. Smyczki coraz wolniej przeciągają po strunach, cichną dudy, milkną oboje i szałamaje, od czasu do czasu zrywa się jeszcze głos fletu, zadzwoni brzękadło, głucho zabębni taraban. Powstają ławy z posadzek, ramy powracają na ściany, w portery wychodzą damy i panowie, kuchciki i piwnicznicy. Plafon zapełniają grajkowie. Po komnacie błąka się tylko echo fletu.

-Pierwszy obudził się klucznik. Spojrzał na śpiących, wszyscy leżeli w swoich łożach jakby sen zaskoczył ich znienacka. Z półotwartych ust ulatywały westchnienia i jęki. Raz po raz podnosił się któryś na posłaniu, mrugał opuchłymi powiekami i zapadł w sen.

Przez jedenaście dni o zmierzchu schodzili z krużganków, czekali na turkot kolasy, na żabę. Słaniali się ze zmęczenia, nie machali toporami, nie obracali żaren, nie dźwigali miechów, a w nogach dźwigali ciężar jak gdyby ciągnęli za sobą żelazne kule. Stoły były pełne smakowitego jadła, najwyszukańszych potraw i napojów, jakich nawet graf nie jadł i nie pił. Ich zęby łaknęły komiśniaku, gardła kwaśnego mleka, oczy chciałyby patrzeć na pola, na których złociły się kłosy, na zielone łąki, na łaciate krowy. Ręce ciągnęły do toporu, do sochy, do młota, do styliska.

Jedenastej nocy najmłodszy z pachołków foryś cicho stąpał na palcach i przez komnatę przeszedł na korytarz. W korytarzu stąpał już całą stopa, a po schodach zbiegł skokami, naśladując żabę. W uszach niósł chrapanie, dyszenie i pogwizdywanie jedenastu kamratów. Był pewien, ze nie chwyci go żadna ręka. Okręcił się na pięcie przed zwierciadłem stojącym na podeście, dotknął kryzy u szyi, pogłaskał poły mantelota, musnął wąsa, posłał do siebie uśmiech pełen aprobaty i z godnością równa stanowi wojewody wyszedł z zamku. Jeszcze obejrzał się na mury, który stały jak przyczajone. Wschodzące słonce wznieciło iskierki w witrażach, a forysiowi zdawało się, że to okna mrugają jak żywe. Zgrzytnęły łańcuchy i foryś znalazł się na moście. W fosie zabulgotała woda. Chlupnęło i na środek mostu skoczył kusy. Wstrząsnął kudłatym łbem, rozkraczył się i rozcapierzył ręce i zawarczał przez żeby.

-Dokąd?

Forysiowi kryza zaczęła ugniatać szyję, jakby włożono mu ja w gąsior.

Wyjąkał:

-Do lasu.

I widząc, że diabeł odstępuje, szykując się na pogawędkę, ochłonął nieco. Zacisnął szczęki i cedził przez nos.

-Zabrakło żabich udek na wety – powiedział i zdziwił się z własnego konceptu. Bez strachu już dokończył:

-Przecież żab nikt nie łowi w komnatach.

-Łżesz – wrzasnął nagle rozsierdzony diabeł – porwał forysia w pół i cisnął nim w fosę. – Możesz teraz łowić pijawki – zarechotał spluwając do wody.

Zielona, porosła rzęsa powierzchnia rozeszła się na brzegi. Wyskoczyły banieczki powietrza, potem wszystko zaszło się na powrót, rzęsa, wodorosty, tylko nad miejscem, gdzie zniknął foryś, zaczęły pobzykiwać muchy.

Znikniecie forysia zaczęło niepokoić pachołków. Rozbiegli się po zamku, po podziemiach i lochach, bosakiem dziobali dno studni, zajrzeli do wielkich skrzyń kryjących szaty, do kominków, wybiegli na most. Domyślili się, że uciekł. W ich gardłach zagnieździł się strach. Do końca życia zostaną w zamku, będą patrzeć na siebie jak im siwieją włosy, łysieją głowy, marszczy się skóra na twarzy, jak będą tyć lub schnąć. Dziesięć par oczu przyssało się do klucznika. Jeśli nic nie wymyśli, gotowi odpiąć szpady, zerwać ze ścian skrzyżowane miecze. Do mostu odprowadziło go dziesięciu pachołków. Czas był już wielki, bo nad dziedzińcem słońce stanęło jak słup.

Opadł most pierwszy, położył się drugi, na środku trzeciego stanął przed klucznikiem diabeł. Czart nie zdążył nawet gęby rozewrzeć, zastygła półotwarta. Klucznik woła:

-Witam asanie, okrutnie jesteś ciekaw dokąd idę. Skrewił foryś bez ochyby zgubił go brak cierpliwości. Musze znaleźć następcę.

Diabeł wytrzeszczył gały i aż się zakolebał w gwałtownym pochyle ku niemu. Potem postąpił krok.

-Wielka mi żałość sprawiasz mości kluczniku, że nie mogę wypróbować swojej krzepy na twoim karku. Przywara prawdomówności jest u ciebie w największej estymie. Ha, wola piekła.

Diabeł dworski dyg zrobił, machnął aksamitnym beretem, błysnęła złotem agrafa u pióra i tak szybko znikł, jak się pojawił. Klucznik bez przeszkód przeszedł most i poszedł do karczmy. Za szynkwasem jejmość odmierzała kwaterki. Poprosił o garniec jabłecznika prosto z loszka, bo upał był wielki, a nic tak nie gasi pragnienia, jak jabłecznik prosto z loszka. Zapłacił sztuka złota i wszedł miedzy gości, którzy nawilżali wyschłe gardła, susząc gąsiory i beczułki, garnce i kwaterki.

W alkowie karczmarzowa pokazała Stoszkowi sztukę złota.

-Ty stary kołu, krostawcu, świńska nogo, czy poznałeś sługę grafa? Wszak ty sam posłałeś go do Diabelskiej Góry. Nie dość, że w zdrowiu to jeszcze złotem płaci.

I przyłożyła oko do szpary w drzwiach. Stosz nie ruszał się z miejsca. Jak on stamtąd wrócił, pytał sam siebie w myślach, jak wrócił? Nieraz posyłał już do diabelskiej góry różnych ludzi, nigdy nie zdarzyło się, by ktokolwiek wrócił.

-O wychodzi – szeptała jejmość – z gajowym. Idź za nim jak cień. Bez złota nie waż mi się pokazywać. Dość mycia kwaterek i wąchania okowity.

Klucznik z gajowym szli szybko. Karczmarz stracił ich z oczu. W szczękach czuł jeszcze twardość krążka, który próbował zębami. Było to najprawdziwsze złoto. Nie miał żadnych wątpliwości. Na podrobionym kruszcu ząb pozostawia ślad. Klucząc leśnymi ścieżkami, przeskakując powalone burzami drzewa, zbliżał się karczmarz do diabelskiej góry. Jaka ona w środku, ta góra, myślał. Nigdy tu nie zachodził. Graf ostrzegał, że jeżeli mu życie miłe, niech omija czarcie rewiry. Tylko dla nasz przyjaciół droga tam otwarta. Szeptano, ze był w zmowie z Lucyferem i za każda posłana tam dusze siurpryzę otrzymywał. Chociaż ogromny majątek miał, chytry był. Wśród zbitej gęstwy ostrokrzewu, jałowca i pnącego rozchodnika stały drewniane, próchniejące ze starości wrota. Karczmarz pchnął je, ustąpiły z piskiem zawiasów spragnionych tłuszczu. Przed nimi leżał most pierwszy. Ledwo dotknął trzewikiem jego wiązań, gdy ze szpary w belce wysunęła się najpierw czarna łapa przyozdobiona długimi pazurami. Za nią wygramolił się kusy.

-Dokąd to, godny sługo grafa? – ryknął plując iskrami, aż karczmarzowi zaczął tlić się surdut. Dech mu zaparło, język skołaczał i nie mógł słowa wykrztusić. Diabeł nastawał. Od ciągłego parskania iskrami zapaliły się szaty Stosza. Najpierw zapłonęły wyłogi surduta. Karczmarz chciał je ugasić rękami. Zapłonęły rękawy. Zaczął machać nimi jak wiatrak. Zapłonęły nogawice. Karczmarz zakręcił się i runął do fosy. Zasyczało w fosie. Diabeł wychylił się z mostu i patrzył. Nieruchomiała zielona skorupa.

Nazajutrz karczmarzowa poszła za Stoszem. Na głowę nałożyła czepiec z nowymi wstążkami, za serdak wcisnęła kopyść, gdyby przypadkiem okazało się, że karczmarz stchórzył i siedzi w pokojach grafa, z którym dla kompanii ciągnie miód. Wyprosiła ostatnich gości, zamknęła drzwi na skobel i wyszła.

I wszystko odbyło się jak zwykle. Skrzypnęły wrota. Karczmarzowa zobaczyła jeden most, drugi i trzeci. Zaraz tez pojawił się czart wystrojony w zielone pluderki, czerwona kamizelkę i czarny spiczasty kapelusz, jakby wiedział, że będzie witał białogłowę. Podbiegł w lansadach, z rozmachem zamiótł kapeluszem i zagadnął szczerząc zęby:

-Dokąd drogi wiodą?

Karczmarzowa fuknęła jak indor.

-Precz rajfurze!

Wyciągnęła kopyść zza serdaka i zakręciła nim młyńca przed nosem diabła. Kusy tylko na to czekał, porwał babsko w pół i gruchnął w fosę.

-Spotkasz tam swojego Stosza, będziecie obrastać w złoto – wypluł z siebie śmiech czerwonymi iskrami, które z sykiem gasły.

Po chwili na powierzchnię wypłynęło drewno. Diabeł przyjrzał się i zaintrygowany zszedł po spadzistym brzegu, czepiając się pazurami ziemi i kamieni sięgnął ręka. W palcach trzymał kopyść. Cmoknął i zamieszał nią w wodzie jak w wielkim kotle. Wspomniał z rozrzewnieniem jak kucharzył w piekle u Belzebuba.

Na zamku odbywała się dwunasta uczta. Pachołkowie prześcigali się w hołdowaniu żabie. Ich grzbiety wygięły się w pałąk. Była to jedenasta żaba. Niczym nie różniła się od poprzedniczek: jadła za wszystkich, tańczyła za wszystkich. Nareszcie będą mogli opuścić zamek. Każdy snuł plany: pierwszy chciał zaciągnąć się do ceklarzy, drugi popłynąć na fregacie, trzeci miał kupić kram, czwarty postanowił zostać mnichem i chodzić po kweście. Tylko klucznik nie wiedział jeszcze, co ze sobą zrobi. Nikt nie chciał wrócić do grafa, czuli jeszcze na grzbiecie jego bat, w uszach słyszeli łajanie.

Do komnaty wpadł brzask. I w tym momencie potężny huk wstrząsnął zamkiem. Gdzieś z wysoka, z najwyższej baszty dobiegł głos:

-Daliście dowód wielkiej cierpliwości i wytrwałości. Wszystkie te przymioty odpłacone wam zostaną w dwójnasób.

Głos zamilkł. Zapadła cisza, pachołkom zdawało się, że czują napierający zewsząd ciężar.

-Do roboty darmozjady! – gardłował graf i walił kańczugiem.

Zerwali się z ław, z barłogów. Razy kańczuga piekły jak ogień. Osłaniali się rękami i na oślep parli do wrót, za którymi wysoko stało już słońce. Na powietrzu ochłonęli.

-Przynieść ławę – wrzasnął graf. Sam będę smagał!

Pachołkowie zbici w gromadę z trwogą spoglądali na długa ławę, na której od dawien dawna torturowano najemnych i zamkowa służbę. Na znak dany przez grafa dwóch osiłków złapało pod pachy klucznika. Wił się, kopał, krzyczał, ale wykręcono mu ręce do tyłu i rzemieniami przytwierdzono do ławy.

-Za sprzeniewierzanie się mojej woli, która tutaj równa jest boskiej, za to, że najbardziej wiekowy jesteś i powinnością twoja jest świecić przykładem tym gołowąsom, otrzymasz pięćdziesiąt razów. Żebyś popamiętał otrzymasz je mokre.

Głos brzmiał jak głos kaznodziei z katedry w Gubinie.

Dreszcz jak mokry rzemień przylgnął pachołkom do pleców. Graf kańczug w cembrzyku zamoczył, odszedł od ławy, wygiął się, zewsząd siła mu się zbiegła do ramienia. Nagle jeden podbiegł i chwycił kańczuga. Graf szarpnął, wściekłość odebrała mu mowę. Stali tak wszyscy chwilę nieporuszeni.

-W łyka ich i do lochu – ciął graf i podbiegł do ochmistrz, pchnął go w stronę pachołków.

-Płacić, nie bić. Kwartał czekamy na zapłatę! – rozległo się wśród nich. Rzucili się do klucznika, odjęli go od ławy. Ławę cisnęli o mur. Błysnęła rysa.

-Bunt, bunt – wrzeszczał graf. – Zdrajcy, końmi włóczyć. Pasy drzeć! Po ceklarzy do krosna!

Nikt się nie poruszył. Graf wpadł do stajni na nieosiodłanego mierzyna, z kopyta pognał do Krosna.

Pachołkowie uszli w las. Minęli już karczmę Stosza, gajówkę; droga prowadziła do diabelskiej góry. Obeszli ja naokoło. Klucznik mimochodem powiedział:

-Miałem dzisiaj dziwny sen. Śniła mi się ta góra. Byliśmy jakby w jej środku.

-I mnie tez się śniła. Mieściła w sobie zamek – rzekł foryś.

-Do zamku zajechała księżniczka w karecie – podpowiedział trzeci.

-Nosiliśmy się z pańska. Graf takich szat nie ma – odezwał się czwarty.

-Potem przyjechała żaba. Pamiętacie, jak przyjechała? Ręce miała jak człowiek. Wydawaliśmy uczty – westchnął piąty, bo zaczęło mu burczeć w brzuchu.

-To foryś żyje? – zapytał szósty i obejrzał się . Za nim szedł foryś. –Diabeł go przecież porwał na moście.

-Zaraz, zaraz – zawołał siódmy – przecież karczmarz i karczmarzowa też przez diabła potopili się w wodzie.

-Bęcwał – powiedział ósmy – przed chwilą mijaliśmy karczmę. Kto widział gajowego?

-Pewnie tropi kłusowników – odrzekł dziewiąty. – Nie widzieliście, że gajówka była zaparta na skobel. Od tego tańcowania z żaba w krzyżu mnie łupie.

Wybuchnęli śmiechem.

-To graf pogłaskał cię kańczugiem po grzbiecie – zawołał dziesiąty. – takich zup nie jadłem jak żyję.

I mlasnął językiem o podniebienie. Pomilkli jakby jeszcze raz na jawie w biały dzień pragnęli prześnić swój sen. Za nim zostawał zamek, gajówka, karczma, malała góra. Przed nimi leżał trakt, który zwężał się w wąski piaseczek i zapadał. Nagle na horyzoncie wzbił się kulisty kłąb pyłu. Pęczniał w oczach jak nadymany pęcherz. Na środku traktu pękł. Ława szli ceklarze.

Pachołkowie rozpierzchli się na dwie strony. Szukano ich przez tydzień, przetrząsano lasy. Nie schwytano ich. Potem kmiecie z Niemaszchleba opowiadali, że pachołkowie zbiegli na Śląsk i tam przystali do Ondraszka.

 

5. Legenda o gubińskich karzełkach.
W dawnych czasach żyło ponoć społeczeństwo brodatych karzełków. Karzełki lubiły zaglądać do ludzkich siedzib i urządzać w nich zwykle w pobliżu pieca wesołe biesiady i tańce. Ludzie nie odmawiali skrzatom gościny, bo przynosiły szczęście...

Pewnego dnia karzełki zajrzały do zamku księcia Gniewosława, ku uciesze jego żony Mirosławy, która pod nieobecność małżonka, smutna i niespokojna, przy robótce skracała sobie czas oczekiwania.

A Książe Gniewosław nieraz długie tygodnie spędzał na wyprawach przeciwko wojskom margrafów.

Otóż pewnego wieczoru, gdy Mirosława jak zwykle siedziała w swej komnacie, uwagę jej zwrócił szmer dochodzący ze strony kominka. Odwróciwszy się spostrzegła małego człowieczka. Ten skłonił się grzecznie i poprosił, by pozwoliła na urządzenie karzełkom uczty. Księżna nie odmówiła i po chwili cała gromada rozsiadła się wokół kominka, zajadając przyniesione przysmaki i popijając wino. O północy całe towarzystwo opuściło komnatę. Pozostał tylko jeden karzełek, ów pierwszy, który przybył przed ucztą. Mały człowieczek przybył do Mirosławy i podał jej trzy przedmioty: pszenny kołacz, czarkę i pierścień.

- Strzeż tych skromnych podarków, księżno – powiedział cicho. – Dopóki będą w posiadaniu twego rodu, przysparzać mu będą chwały. Strzeż... – To mówiąc skłonił się i odszedł.

Mirosława obudziwszy się rano, pomyślała, że to wszystko było snem, lecz wkrótce ujrzała pozostawione na kominku prezenty. Nie zastanawiając się wiele, włożyła pierścień na palec, a podpłomyk i czarkę schowała w skarbcu mieszczącym się w kamiennej baszcie. Po wielu latach umierając przekazała pierścień i pozostałe dary najstarszemu synowi. I rzeczywiście ród Gniewosława był mężny i bogaty, zwycięski w bojach.

Lecz zdarzyło się kiedyś, że jeden z potomków księcia przywiózł sobie żonę z obcego kraju. Nie podobał się jej pierścień starej roboty. Nosiła go tylko przy mężu, bojąc się jego gniewu. Ledwo zaś mężowscy woje wyruszyli na wyprawę, zdejmowała go z palca. Na próżno starzy słudzy przestrzegali panią, by go nie zgubiła. Pani nie zważała na ich słowa. Może pod wpływem rudobrodego mnicha, który przyjechała z nią i wyśmiewał wszystkie stare zwyczaje.

Książe na wieść o tym wszystkim chciał porozmawiać z żoną, ale że często jak jego przodkowie, przebywał na wyprawach wojennych, nie miał odwagi zachmurzać wymówkami chwil spotkania z małżonką. Aż pewnego dnia przybył do zamku zdyszany goniec przynosząc wieść o klęsce, jaką ponieśli słowiańscy woje. Sam książę ciężko ranny powraca do zamku... Usłyszawszy to księżna przypomniała sobie o pierścieniu, który zdjęła z palca, skoro tylko mąż wyjechał. Szukała wszędzie, szukali słudzy, ale pierścienia nie znaleziono. Wszyscy przeczuwali nieszczęście. Wtem nad zamkiem pojawiła się czarna chmura i grom wstrząsnął powietrzem. Z kamiennej baszty, gdzie przed laty Mirosława zamknęła dary karzełków, pozostały gruzy.

Odtąd nieszczęścia zaczęły sypać się na znakomity niegdyś ród. Zgrzybiały, zniechęcony do życia książę uznał się lennikiem cesarza...